Najgorzej było tuż przed długim weekendem majowym. Ucierpiały uprawy gruszek, czy truskawek, ale przede wszystkim najsłynniejszego owocu Sądecczyzny, czyli jabłek.
– Te trzy noce, co były, to był ciągnący, mroźny wiatr i na tą temperaturę niską -5 stopni Celsjusza, to mi się wydawało, że coś zostanie, bo przeżywałem większe przymrozki i jabłko było, ale była wilgoć i nie był tak mocny wiatr. Teraz stoimy przy odmianie jabłek idaret i każde jedno jest czarne i to, że on ma białe płatki, to nic nie znaczy.
– mówi Antoni Pawłowski producent soków owocowych ze Żbikowic w gminie Łososinie Dolna. To w tym samorządzie odbyło się w ostatnią niedzielę, jubileuszowe, bo już 30. odsłona Święta Kwitnących Sadów.
– Przymrozki przyćmiły nam to świętowanie – przyznał wójt gminy Łososina Dolna, Adam Wolak. To właśnie podczas corocznej imprezy ogłosił, że sadownicy mogą rozpocząć składanie wniosków o rządowe odszkodowania. Muszą się spieszyć, bo mają na to czas do 10 dni o wystąpienia szkody. Co dalej?
– Będzie powołana komisja, która pojedzie w teren, aby te straty oszacować. Będą w niej przedstawiciele Urzędu Gminy i Ośrodka Doradztwa Rolniczego, a czasami jest w niej również przedstawiciel wojewody, także te osoby będą pracowały w terenie. My mamy 20 dni na oszacowanie strat, sporządzenie takiego zbiorowego wniosku i przesłanie go do Urzędu Wojewódzkiego razem z tymi wnioskami rolników i z protokołami z oszacowania szkód i one są tam weryfikowane.
– dodaje wójt gminy Łososina Dolna, Adam Wolak.
Podobnie jest w innej sądeckiej gminie słynącej z sadownictwa, czyli w Łącku. Wójt Jan Dziedzina potwierdza, że w związku z sygnałem, otrzymanym z Urzędu Wojewódzkiego, tutaj też trwa procedura składania wniosków o odszkodowania przez sadowników.
– Skoro ta ścieżka jest możliwa i dostępna, to na miarę możliwości próbujemy wspomóc sadowników procedurą, którą postaramy się szybko i sprawnie w naszym łąckim wydaniu przeprocedować. Pozostaje mi wierzyć w to, że to nie będzie to tylko praca dla pracy, bo urzędy i instytucje są po to, żeby czynić stosowne procedury, przewidziane ścieżką prawną. Natomiast sadowników interesują pieniądze, bo mówimy o ludziach, którzy pozostaną bez środków do życia.
Tu może być różnie, bo wszystko zależy od wielkości gospodarstwa i tego, czy ktoś żyje tylko z sadów, czy ma jeszcze inne dochody.
Antoni Pawłowski z sąsiedniej gminy Łososina Dolna twierdzi, że pomimo ogromnych strat, które na pewno oszacować można na kilkadziesiąt tysięcy złotych, trzeba starać się przetrwać zły czas, co już wiele razy, w ciągu jego 27-letniej działalności się zdarzało. Uważa, że odszkodowania będą, ale ocenia, że jak zawsze nie będą one wystarczające.
– Takie odszkodowania od państwa to się mówi, że to są jakieś grosze. Później jest mówione, że się rolnikom odszkodowanie dało za mrozy, a prawda jest taka, że za to co się dało, to do jednego opryskiwacza oprysku nie kupi. Nie jest kolorowo w sadownictwie i w rolnictwie tak samo, żeby ktoś mi później nie zarzucał. W rolnictwie jest to samo.
Sadownik ze Żbikowic przyznaje, że całkowita strata będzie znana po tak zwanym opadzie świętojańskim, czyli naturalnym, ostatnim opadaniu zawiązków owoców. Wypada on właśnie w okolicach wspomnienia św. Jana, czyli 24 czerwca. To właśnie po tym zjawisku na początku lata okaże się, czy pomimo przymrozków, które wystąpiły na Sądecczyźnie pod koniec kwietnia, uda się uratować od 2 do 3% owoców.
